Śpiewanki

Śpiewanki

– Czyli chodzi o to, że ludzie przychodzą, dostają tekst i śpiewają wspólnie te numery ze spektakli. Do tego, co my gramy?
– Dokładnie tak! – mówi z entuzjazmem Ania, pomysłodawczyni i koordynatorka projektu.
– No ok. Imprezę zatem kierujemy do stałych bywalców i miłośników teatru? – pytam i biorę łyka kawy, aby zatuszować sceptycyzm.
– Nie tylko, śpiewanki są dla wszystkich! – uroczo uśmiecha się Ania i szuka potwierdzenia w moich oczach.

Siedzimy w kilka osób przy stoliku w Teatrze Małym na deptaku. Ktoś siorbie herbatę, ktoś zamawia schabowego. Omawiamy projekt, który polega na wskrzeszeniu piosenek ze starych spektakli Teatru Współczesnego. Idea jest piękna, ale ja mam obawy o sukces frekwencyjny i w ogóle: co to za pomysł. Może większe szanse na sukces zapewniłby repertuar typu „Zostawcie Titanica” albo „Whisky, moja żono”. Ale piosenki z jakichś spektakli sprzed 10 lat, które przy dobrych wiatrach kojarzy z sześćdziesiąt siedem osób w mieście… hm. No ale dobra, co ja tam się będę mądrzył. Ani przecież nie znam tych piosenek, ani nie chodzę do teatru, a już tym bardziej nie przystoi mi podważać zdania ludzi, którzy napisali projekt, pozyskali fundusze i zadzwonili do mnie w zaufaniu, że dowiozę swoją rolę grajka. No i at the end of the day mi płacą, także Konrad, stul dziób i cut the shit. Jedziemy ze śpiewankami. Poza tym Ania mówi o nich w tak ciepły sposób, że nie mam powodu, by jej nie wierzyć.

Pierwsze spotkanie odbyło się w części barowej Teatru Małego. Na pierwszy ogień szły piosenki z „Paprykarza szczecińskiego”, jedynego spektaklu w naszym programie, który nie zszedł z afisza. Świeżynka, nie jakiś odgrzebulec. Nawaliło ludzi, że ledwośmy się pomieścili, co już było dla mnie sygnałem, że wydarzenie ma potencjał – w dużym cudzysłowie – „komercyjny”. W rolę prowadzących wcielili się aktorzy teatru, Maciek i Basia, którzy w przerwach pomiędzy piosenkami sypali anegdotami, ciekawostkami i wpadkami zza kulis swojej pracy. Dostrzegłem, że uczestnicy rzeczywiście dobrze się bawią – ktoś zaczął mruczeć pod nosem nieśmiało, ktoś zaśmiał się z własnego fałszu, ktoś zarzucił jakimś sucharem. Wszystko odbywało się supernaturalnie, w bardzo wspierającej atmosferze, bez żadnej odgórnej potrzeby perfekcyjnego wykonywania tych utworów. To nie był ani spektakl, ani koncert, bardziej przypominało otwartą próbę. Znaleźliśmy się po prostu w niecodziennej, kumpelskiej sytuacji z ludźmi, którzy mają ochotę pomuzykować, posłuchać, nauczyć się czegoś nowego, lecz przede wszystkim pobawić się i pośmiać we wspólnym gronie.

Doszło wtedy do mnie, jakie to jest genialne. I to nieważne, czy my w tym momencie śpiewamy piosenki ze spektakli (choć oczywiście nadaje to wyjątkową aurę). Ludzie po prostu mają potrzebę zebrania się i śpiewania. Oczywiście nasuwa mi się słowo „atawizm”, związane z tym, że nasi przodkowie zbierali się w jaskiniach, tańczyli i huczeli przy ognisku, ale nie znam się na antropologii, więc nie będę dalej brnął. W każdym razie było w tym coś magicznego.

Kolejne nasze spotkania tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Ze względu na spore zainteresowanie śpiewankami przenieśliśmy imprezę na scenę Teatru Małego. Graliśmy numery ze „Śpiewu szczerbatych mew”, a tydzień później z „Noclegu w Apeninach”. Numery były genialne i idealnie nadawały się do aranżowania oraz rzucania wyzwań wesołej zgrai śpiewaków. Jako songwriter pozazdrościłem Maćkowi i Basi piosenek do „Śpiewu szczerbatych mew” – bardzo śmiesznych, autentycznych i przeuroczych kompozycji z głębszym przesłaniem dotyczącym naszej lokalności. Okazało się, że piosenki te zostały nagrane metodą DIY i wydane na kompakcie 10 lat temu.

Po śpiewankach Maciek wyciągnął te płyty i zdążył powiedzieć tylko: „Jakby ktoś chciał, to mamy tutaj…”, a w ludziach obudziła się chytra baba z Radomia. Rzucili się na te płyty, a ja się im wcale nie dziwiłem. Ciekawiło mnie tylko, czy aby Maciek nie planował im tych albumów sprzedać, ale nie dali mu dojść do słowa. Finalnie okazało się jednak, że rzeczywiście miał je na rozdanie. Szacunek, ja bym brał szmal. Ja również dostałem tę płytę, z czego się bardzo cieszę – mam wyjątkowy diamencik w historii muzyki naszego miasta.

Po każdym śpiewankowym spotkaniu zwijaliśmy graty, paliliśmy papierosy i ekscytowaliśmy się sukcesem. Miałem wrażenie, że trochę wszyscy w to nie dowierzamy. Śpiewanki przyciągnęły różnych ludzi – byli aktorzy i pracownicy teatru, specjalni muzyczni goście, ludzie z rodzimego kręgu kultury, ale nie zabrakło najcenniejszych, naszym zdaniem, i niezwykłych „zwykłych ludzi z ulicy”. W mojej opinii, dzięki temu projektowi teatr zyskał trochę bardziej przyjacielską twarz. Nie był nadętym typem, co rozdziera szaty i szturmuje barykady w jakiejś jedynie słusznej sprawie. Był raczej ziomkiem, z którym co prawda dawno się nie widziałeś, ale swobodnie czujesz się w jego towarzystwie, więc idziecie na piwo, japa wam się nie zamyka i wspominkom nie ma końca. Nie było podziału na scenę i widownię, reżysera i aktora, dyrygenta i orkiestrę. Każdy z uczestników grał samego siebie.

Chyba powinienem już kończyć, zanim popadnę w narrację w stylu Paulo Coelho. Tak czy siak, szalenie się cieszę, że Ania zaprosiła mnie do tego projektu. Poznałem super ludzi, tych, których znałem, poznałem jeszcze bardziej. Ta wyjątkowa energia pozwoliła mi też zobaczyć samego siebie w warunkach dotąd nieznanych, co jest zawsze doświadczeniem pozytywnym. Poza tym chodzę częściej do teatru – byłem w zeszłą sobotę, idę znowu w ten piątek, także wzrost o jakieś 700%. A, no i najważniejsze: w końcu wiem, gdzie mieści się malarnia.

 597896344_1303791261784129_6320404944912536525_n

/fot. Piotrek Nykowski/

Prawdziwe opinie klientów
5 / 5.0 2 opinie
pixel