"Szkoda, że nareszcie"

"Szkoda, że nareszcie"

 

Jacka poznałem zbyt późno. Widziałem się z nim prywatnie tylko raz. Było to tuż przed pandemią, albo jakoś w trakcie kiedy zluzowali obostrzenia i można było pić kawę w knajpie - dokładnie nie pamiętam. Umówiliśmy się u Brody na ul. Rayskiego w Szczecinie, kawiarenka nazywała się "Artetamina". Dzień wcześniej Jacek zadzwonił do mnie na prośbę naszego wspólnego kumpla. Jacek wiedział, że zaczynam nagrywać swój solowy album i chcę napisać teksty po polsku i potrzebuję trochę inspiracji i "eksperckich" konsultacji. Byłem srogo zaskoczony, że Jacek rzeczywiście zadzwonił i zaproponował spotkanie. Szedłem lekko zesrany, nie wiedziałem czego mam się spodziewać. Znałem Budynia tylko z opowieści, piosenek, wiele lat wcześniej przecięliśmy się na dwóch czy trzech koncertach, kiedy grałem jeszcze w RTO. Teraz Jacek bywał często w Szczecinie, ponieważ nagrywał album "Ukryte do wiadomości" z moimi przyjaciółmi z CHANGO. Ja w tym czasie również kręciłem się wokół Stobno Records poczynając jakieś ustalenia mojej sesji. 

Jacek był wyższy ode mnie i miał puchową pomarańczową kurtkę. Usiedliśmy przy stoliku, wymieniliśmy kilka zdawkowych zdań z Brodą i zamówiliśmy po podwójnym espresso. Zaczęliśmy gadać. Rozmawiało mi się ciężko, byłem spięty, skupiony na sobie - na tym jak się ruszam, jak reaguję, co mówię, co myślę. Obecność Budynia wywoływała u mnie lęk i nie czułem się swobodnie, niezależnie od mojego rozmówcy. W tamtym czasie miałem po prostu lękliwe usposobienie – z zewnątrz opanowany, w środku mocno zaniepokojony. Ludzie wchodzili, wychodzili. Broda krzątał się za barem, przysłuchiwał się naszej rozmowie, co jakiś czas dorzucał coś od siebie. W pewnym momencie zaproponował, że przyrządzi nam jakąś nadzwyczajną, specjalistyczną kawkę na koszt firmy - niemalże święty graal wśród kawiarzy, no czyste złoto.  Rozmowa zeszła na moje teksty. Że do tej pory pisałem tylko po angielsku, nie pamiętam już - ale chyba puściłem Jackowki jakieś swoje kawałki, czy demówki, może nawet pokazałem swoje notatki. Podzieliłem się obawą (jak dziś mniemam każdego) początkującego tekściarza, że boję się że moje teksty będą brzmieć infantylnie, że ja tak naprawdę nie wiem o czym pisać, że brzmi jakoś głupio, że o czym tu pisać. Wtedy wydarzyło się coś, co wielokrotnie później analizowałem na swojej terapii. Jacek przeszył mnie surowym wzrokiem i wycedził "Nie rób tego". Ja lekko skonsternowany zapytałem o co chodzi, on powtórzył, żebym "tego" nie robił. Wybiło mnie to z rytmu - "czego mam nie robić?" Jacek poinformował mnie wtedy, że wszyscy tekściarze piszą w kółko o tym samym, świat kręci się zawsze wokół tego samego, a "to" co ja robię to jest pewnego rodzaju narcyzm, tylko że taki odwrotny, działa na zasadzie kokieterii, że każdy ma o czym pisać. Skuliłem się w sobie, słowa Jacka zabrzmiały jak reprymenda, jak jakaś terapeutyczna diagnoza o którą nie prosiłem, co tylko spotęgowało mój lęk. Wtedy Broda przyniósł super-kawkę. Wypiliśmy ją na łyka, bo to była jakaś taka mikro sytuacja i kontynuowaliśmy rozmowę, ale ja już byłem wyłączony. Czułem się zawstydzony. Jakby tego było mało spora dawka kofeiny, którą przyjąłem zaczęła siać spustoszenie. Poczułem telepawę. Co ciekawe, dostrzegłem ją również w Jacku - zaczynał się kręcić, był niespokojny, zniecierpliwiony. Zapytał czy mam papierosa. Zwinęliśmy sobie po skręcie i wyszliśmy na ziąb, schowaliśmy głowy między ramiona i zaczęliśmy jarać i gadać. Gadaliśmy już o dupie maryni, bo spotkanie naturalnie zmierzało ku końcowi. Papieros wjechał za mocno. Jacek powiedział, że nie dopali bo go wyjebało z butów, ja też czułem się fatalnie - fizycznie i psychicznie. Mimo dziwnego przebiegu spotkania pożegnaliśmy się w przyjacielskiej atmosferze. Mieliłem naszą rozmowę całą drogę do domu, mieliłem ją później całymi miesiącami. Byłem trochę rozczarowany. Jacek był szalenie inteligentny, wielobarwny ale też sowizdrzalski i miał zbyt wysokie ego na moje progi. Mimo tego wiedziałem, że nasze spotkanie więcej powiedziało mi o mnie, niż o Jacku. Do dziś zawdzięczam to Jackowi, że dał mi ważną życiową lekcję. 

Widzieliśmy się później jeszcze tylko kilka razy. Byłem na jednym z jego ostatnich koncertów, pamiętnym występie w Willi Lentza z CHANGO, na którym Jacek ledwo trzymał się na nogach. Publiczność była zażenowana, w pewnym momencie zrobiło się nieprzyjemnie. "Dobra śpiewaj, przestań już pierdolić" poleciało z publiczności i zgęstniało w  powietrzu. Było mi przykro. Podczas aftera w "Piwnicy Kany" Jacek się snuł, wieszał się ludziom na ramionach, nikt nie miał ochoty z nim rozmawiać. Zasnął w kącie przy barze, wtulony w pomarańczową puchową kurtkę.  Przykro mi, że poznałem go tak późno. Wydaje mi się, że dziś wiedziałbym jak z nim rozmawiać. Jak dostroić się do jego fal, którą cząstką siebie odbierać Jacka. Chciałbym z nim umówić się na kawę i odczarować tamto dziwne spotkanie u Brody. Kawa musi poczekać, wypijemy ją pod okiem innego słynnego Brodacza.  

Do tego wpisu zainspirował mnie po części film, który miałem przyjemność ostatnio zobaczyć. "Szkoda, że nareszcie" w reżyserii Sebastiana Juszczyka -  biopik o Jacku hula już w kinach całej Polsce. Ja widziałem go podczas szczecińskiej premiery w Filharmonii. Prezentacja była połączona z koncertem, na których ludzie których zgromadził wokół siebie Budyń grali jego piosenki. Ja śpiewałem tam również. Stosunkowo często biorę udział w "budynaliach" wykonując jego kawałki i jestem dumny, że mogę być w kręgu ludzi których jak magnes, przyciągnął do siebie Jacek. Po imprezie w Filharmonii dostałem wiadomość: "Jestem pod wrażeniem Twojej delikatności i autentyczności w śpiewaniu utworów Jacka. Dziękuję". Wiadomość napisała Ania, żona Jacka. Dobrze, że wtedy siedziałem... 

Film jest doskonały. Uporządkowałem sobie wszystkie muzyczne historie w których brał udział Jacek, a jest ich od zajebania i ciut. Co mi się podoba w tym filmie to to, że nie jest tendencyjny. Pokazuje twórcę w procesie tworzenia co dla mnie osobiście jest najciekawsze. Nie ma historii idącej szlakiem spod znaku "utalentowane dziecko - dramatyczny upadek - wielka kariera". Budyń robił wszystko, żeby temu mainstreamowi skrobać marchewy - nigdy do niego nie aspirował, czym okazuje się wkurzał Krzyśka Zalewskiego, jak dowiadujemy się z filmu. 

Wracając jeszcze do wiadomości od Ani. Napisała mi, że Jacek był kosmosem. Miał w sobie dużo mroku, ale i piękne konstelacje, osobliwe planety, nieskończenie wiele opowieści. Dziś to wiem, i żałuję że poznałem Jacka tak późno. 
Prawdziwe opinie klientów
5 / 5.0 2 opinie
pixel